środa, 18 października 2017

wtorek, 3 października 2017

Trzy miasta - Trzy katedry

Tak się złożyło, że podczas mojej pracy jako opiekunka byłam w trzech miastach, które poszczycić się mogą słynnymi katedrami i  udało mi się je zobaczyć. Te miasta to Aachen, Kolonia i Regensburg.  To skłoniło mnie też,  żeby trochę więcej dowiedzieć się na temat katedr w ogóle, a w szczególności o tych które zwiedziłam. Zachęcona też przez męża mojej pierwszej podopiecznej do przeczytania książki Kena Folleta Filary Ziemi, której jednym z głównych wątków jest budowa katedry zaraz po powrocie do domu pobiegłam po nią do biblioteki.  Wiedza zdobyta z Wikipedii na temat poszczególnych katedr uzupełniona wiadomościami  z  książki  sprawiła, że patrzę teraz na katedry zupełnie inaczej. Katedrami przyjęło się nazywać wielkie kościoły wznoszone w stylu gotyckim lub romańskim. Były one też zwykle siedzibami biskupów. Budowa katedr ciągnęła się dziesiątki, a niekiedy i setki lat!, a zmieniający się w jej trakcie budowniczy narzucali budowli swój styl. Stąd niektóre charakteryzuje wiele odmiennych motywów, które wprawne oko znawcy na pewno wychwyci. Budowa przerywana była z powodu toczących się wojen, polityki ówczesnych władców, a także braku funduszy. Niekiedy przerwę w budowie powodowały pożary lub katastrofy budowlane powstałe na skutek błędnych wyliczeń ówczesnych budowniczych chcących katedry wznosić coraz wyższe. Katedry charakteryzują się wysokością głównej nawy przekraczającej często 30 m.  To powoduje, że kiedy wchodzimy do katedry wzrok mimowolnie biegnie ku górze, tak jak to było w zamiarze budowniczych, do nieba, czyli do Boga. W innego typu kościołach zwykle wzrok kierujemy na ołtarz, bo to on przykuwa nasza uwagę.  Wielkość budowli, a zwłaszcza ich wysokość jak i ilość rzeźb i koronkowe niemal wykonanie wież świadczą o kunszcie i zdolnościach dawnych budowniczych, a przede wszystkim o ogromie wykonanej pracy. Fakt, że trwała ona lata. Lekkości tym potężnym budowlą dodają liczne witraże.

Katedra w Aachen
Widok na kaplice pałacową
Katedra 




Wnętrze kaplicy pałacowej

Świecznik Barbarossy

 W głębi relikwiarz NMP

     





Pierwsza katedrą na mojej drodze była katedra w Aachen (Akwizgranie) pod wezwaniem św. Marii w Akwizgranie, mieście przy samej belgijskiej granicy. Katedra składa się z 3 części, z których najstarsza powstała za czasów panowania Karola Wielkiego. Jest to tzw. Kaplica Pałacowa Karola Wielkiego wzniesiona w latach 780-800. Pełniła ona funkcję Kaplicy Koronacyjnej. Miały tu miejsce koronacje 32 króli niemieckich.  Kaplicę  wzniesiono na planie koła, które symbolizuje Niebo. Chór opierający się na czworokącie to symbol życia ziemskiego, natomiast całość opiera się na planie ośmiokąta symbolizującego wieczność. Katedra jest miejscem spoczynku Karola Wielkiego jak również jednych z najważniejszych relikwii kościoła chrześcijańskiego. Są to relikwie Marii, Jezusa i Jana Chrzciciela. Relikwie te były prezentami, które Karol Wielki otrzymał podczas koronacji. Tradycja wystawiania relikwii co 7 lat jest dalej kontynuowana. Ostanie miało miejsce w 2014 roku Oprócz wspomnianych relikwii może się ona poszczycić  Świecznikiem Barbarossy z XII w, podarowanym przez Fryderyka I Barbarossę stąd nazwa oraz odlanymi około roku 800 wielkimi drzwiami nazwanymi  Wilcze Wrota  ważącymi ponad 4 tony. Świecznik Barbarossy wisi w kaplicy pałacowej. Ma 4,20 m średnicy, wisi na 27 m łańcuchu, 4 metry nad posadzką. W dobie wczesnego romanizmu,  XI wiek, katedra została rozbudowana, natomiast lata 1355-1414 to czas budowy  prezbiterium i ukończenia budowli. Prezbiterium czyli przestrzeń w kościele przeznaczona dla duchowieństwa ma 25 m długości, 13 m szerokości i 32 m wysokości.
Katedra w Kolonii













Następna to katedra Św. Piotra i NMP w Kolonii. Budowa jej trwała z przerwami około 600 lat. Budowę rozpoczęto w 1248 roku, a ukończono w 1880. Kamień węgielny pod budowę katedry położono w 1248 roku. Ponad 70 lat trwała budowa prezbiterium, którego uroczyste poświęcenie nastąpiło w 1322 roku. Do roku 1510 trwała budowa wieży południowej na której zawieszono 3 dzwony. Potem prace ustały na ponad 300 lat. W 1842 roku król pruski Fryderyk Wilhelm I V  położył kamień węgielny pod dalszą budowę katedry. Jest to najwyższa katolicka katedra na świecie i najwyższy kościół gotycki w Niemczech. Wieże katedry wznoszą się na wysokość  157 m. Jej wymiary też budzą podziw i uznanie dla budowniczych. 144 m długości i 86 m szerokości. I tu też znajdują się cenne dla katolickiego świata relikwie – Relikwie 3 Króli. Na wieżach katedry wisi 12 dzwonów z których jeden Dzwon św. Piotra jest największym i najcięższym bijącym dzwonem w Europie.

Katedra w Ratyzbonie







 Ogród katedralny w miejscu pierwszej katedry

Kolejna katedra to Katedra pod wezwaniem Św. Piotra w 
Ratyzbonie (Regensburgu). Jest to jedna z najznamienitszych budowli gotyckich w południowych Niemczech.  Budowę jej rozpoczęto około IX wieku i ukończono około XI –XII wieku. Niestety pożar około roku 1273 zniszczył katedrę. Pozostała po niej jedna z wież, a na jej miejscu jest obecnie ogród katedralny. Budowę nowej katedry rozpoczęto 1290 roku natomiast ostateczne ukończenie budowli   nastąpiło  w 1872 roku. Budowa tej katedry też została wstrzymana na wiele lat. Na przestrzeni XVII I XVIII wieku kościół otrzymał liczne wykończenia barokowe jednak w XIX w na polecenie króla Bawarii Ludwiga I przywrócono katedrze jej gotycki charakter. Katedra ma 86 m długości i 34,80 m szerokości, jej wieże od podstawy mierzą 105 m, a wysokość nawy głównej 32 m.
Wszystkie trzy katedry są na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO.

Każda z katedr jest inna. Na pewno niezaprzeczalnie najpiękniejsza i budząca największe wrażenie jest ta w Kolonii, ale największy urok ma dla mnie ta w Ratyzbonie. Ratyzbona to nie jest wielkie miasto  jak Kolonia. Jest o połowę mniejsze jeśli chodzi o liczbę ludności od Aachen. Nie ma tu wieżowców. W większości jest to niska zabudowa, a stare miasto, które również znajduje się liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO otacza ściśle katedrę. Katedra dominuje niepodzielnie nad miastem. Jej wieże wyłaniają się spośród czerwonych dachów miasta. Idąc wąskimi uliczkami starego miasta  nagle stajemy przed jej ogromem, ale ona tutaj po prostu pasuje. Pozostałe dwie katedry są trochę wyobcowane wśród otaczających ich współczesnych budowli choć niewątpliwie nie mają wśród nich konkurencji i to one przyciągają wzrok. 
Zdjęcia, niestety, nie wszystkie udane, szczególnie we wnętrzach gdyż nie zawsze miałam ze sobą aparat, w większości korzystałam z tabletu. 
Pozdrowienia z Regensburga 

sobota, 16 września 2017

Przystanek Regensburg - Bawaria


Kolorowe kamienice Regensburga





Po trochę przydługim pobycie w Polsce (miał być miesiąc, a wyszły prawie dwa), znów jadę do Niemiec. Tym razem do  Regensburga, w Bawarii. Podróż znacznie krótsza, bo tylko 17 godzin autokarem.
Jadę do małżeństwa, ale do opieki mam mieć głównie panią, chociaż wiadomo pomaga się ogólnie rodzinie. W autobusie zastanawiam się jaka to będzie rodzina z którą przyjdzie mi spędzić najbliższe dwa miesiące. Podoba mi się w tej pracy to, że poza obowiązkami zwiedza się też przy okazji różne miasta i odwiedza różne domy. Jest to też jakaś forma poznawania innych zwyczajów, nowych miejsc i nowych ludzi. Jak się trafi na niezbyt miłą podopieczną czy rodzinę, to w końcu to tylko 2 miesiące, da się przeżyć.
Na miejscu jestem około 5.30. Czeka na mnie opiekunka, z mężem podopiecznej. Od razu łapiemy kontakt. Spędzimy razem cały dzień, bo ona wyjeżdża dopiero wieczorem. Sporo czasu na przekazanie szczegółów dotyczących pracy.

Pierwsze wrażenie nadzwyczaj dobre. Państwo mieszkają na obrzeżach miasta w dużym domu z ogrodem.  Starszy pan wydaje się miły. Ma ponad 90 lat, ale dalej jeździ samochodem. Dowiaduję się też, że dobrze radzi sobie z obsługą komputera. Spędza przy nim po kilka godzin dziennie. Pani, 91 lat, ma poważne problemy z chodzeniem i wykonywaniem podstawowych czynności z powodu chorób reumatycznych. Chodzi z laską lub balkonikiem, ale trzeba na nią uważać żeby się nie przewróciła. Podobno w ostatnim czasie kilka razy się to zdarzyło bo koniecznie chce być samodzielna.
Natomiast dwa razy dziennie po kilkanaście minut pedałuje na rowerku. Niesamowite.
Na początku mam trochę problemy z porozumiewaniem. Trochę z powodu 2 miesięcznej przerwy, trochę ze zdenerwowania. Pan trochę niedosłyszy, Pani natomiast słuch ma nad wyraz dobry, o czym przekonałam się już pierwszego dnia włączając czajnik, aby wypić herbatę po obiedzie. – Co tak szumi? zapytała Starsza Pani, mimo że siedziała w drugim końcu salonu. Oni piją wodę, ja lubię po obiedzie herbatę. Trudno, mogę się dostosować do różnych rzeczy, składania ściereczek na 3 , a nie na dwa, podawania innych talerzyków do śniadania, innych do kolacji, a jeszcze innych do obiadu, tak samo, ze sztućcami, ale swoich przyzwyczajeń żywieniowych nie zamierzam zmieniać w drastyczny sposób. Wywalczyłam twarożek na śniadanie , którego w tej rodzinie się nie jada w ogóle. Starsi państwo jedzą tylko żółty ser i marmoladę. Na szczęście mąż podopiecznej kupuje taką z gorzkich pomarańczy, która mi smakuje. Podopieczna nie lubi też żadnych innowacji w przygotowywaniu obiadów, więc po paru moich „nieudanych” próbach gotowania przydreptała do kuchni, aby pokazać mi jak przyrządza się kapustę kiszoną z surowym boczkiem. I dobrze, bo to co zobaczyłam znacznie odbiegało od tego co zamierzałam zrobić. 
A więc najpierw w garnku rozgrzewa się olej i przysmaża na nim cebulę, dość mocno, następnie wrzuca się puszkę kiszonej kapusty i wlewa taką sama, odmierzaną puszką ilość wody. Do tego wkłada się około 8 centymetrowej grubości płat surowego boczku pokrojonego na 3 części (dla 3 osób) i gotuje się pomału 2 godziny. Prawie żadnych przypraw poza jedną łyżeczką kminku.
Zawsze myślałam, że w kwaśnej kapuście mięso się nie ugotuje, ale o dziwo ugotowało się. Podaje się tę kapustę z ugotowanymi w mundurkach ziemniakami. Na talerzu każdy sobie dosala i żeby ładnie powiedzieć dodaje pieprzu.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu Starsza Pani schrupała wszystkie chrząstki, aż mnie zęby zabolały, a Starszy Pan zjadał pozostałą kapustę, na zimno, mimo, że chciałam podgrzać, przez dwa dni do kolacji, czyli do chleba z marmoladą. To akurat mnie nie zdziwiło bo w poprzednim domu mąż podopiecznej dołożył sobie pozostały z poprzedniego dnia gulasz do ryby. No cóż jeśli chodzi o kuchnię niemiecką jak i o kulturę jedzenia to nie mam o Niemcach najlepszego zdania. W większości jest to kuchnia oparta na gotowych półproduktach, albo wręcz gotowych potrawach. Wrzucić do piekarnika, albo na patelnię i gotowe. Ważne, żeby było szybko i mało roboty to drugie chyba przeważa. Nikt w domu nie robi klusek, placki ziemniaczane też są gotowe, ciasta się kupuje, ewentualnie gotowy biszkopt na to mus jabłkowy i bita śmietana oczywiście gotowa. Moja podopieczna dzień w dzień na śniadanie i na kolacje je taki sam chleb z masmixem, morelową marmoladą posypaną ziarnami słonecznika i na to żółty ser, zawsze ten sam. Asortyment produktów, które jedzą jest bardzo ograniczony. Moje nieśmiałe propozycje, że może ugotuję coś innego pozostały jak dotąd bez odpowiedzi.  No cóż z drugiej strony może trudno się dziwić mają swoje lata i swoje przyzwyczajenia. 

Nie pierwszy raz zachwyciły mnie w Niemczech… cmentarze. Tak się złożyło, że w poprzednim miejscu mojej pracy często siadałam z podopieczną na ustronnej ławeczce z której roztaczał się widok na cały cmentarz, a tutaj skracając sobie drogę do sklepu idę przez dwa cmentarze. Idąc podziwiam pięknie utrzymane groby, całe w zieleni i kwiatach. Rosną róże, bukszpany, azalie, wrzosy, najróżniejszego rodzaju krzewy iglaste i liściaste. Niektóre groby są jak ogród kwiatowy inne toną w zieleni owinięte przez liście bluszczu. Wokół grobów rośnie trawa, albo wysypany jest żwirek. Nie ma tylu zniczy co na naszych grobach. Jest zwykle wyznaczone miejsce na jeden znicz, czasem dwa. Niemcy nie lubują się też w sztucznych kwiatach, przeważają żywe. Zainteresowały mnie natomiast niewielkie kamienne, albo metalowe pojemniczki z zamknięciem i niewielką szczoteczką w środku znajdujące się na wielu grobach. Często bardzo ozdobne. Otóż jest to pojemnik na wodę święconą, a szczoteczka to kropidełko. Czasami zastępuje się je gałązką tui. Jest tu zwyczaj skrapiania grobu święconą wodą podczas modlitwy. Innym zwyczajem jest umieszczenie na nowym grobie informacji o zmarłej osobie wraz z jej zdjęciem.


Tajemnicze pojemniki















Te cmentarze naprawdę wyglądają jak ogrody.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Pierwsze spotkanie z Alzheimerem

Książki do malowania dla dorosłych

Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że jest to taka straszna choroba.  Często mówiło się o niej w żartach traktując jako rodzaj trochę większego zapominalstwa. Tymczasem jest to bardzo poważna choroba, prowadząca do śmierci. Nie ma na nią lekarstwa, można jedynie spowolnić jej postępowanie, co wymaga wiele wysiłku i zaangażowania całej rodziny, a jak rodzina nie daje rady zatrudnia do pomocy opiekunkę. Do takiej właśnie pracy trafiłam.

Pomalowane przez moją podopieczną
 
Moją podopieczną okazała się pani, nazwijmy ją Berta, która miała już w dość znacznym stopniu zaawansowaną chorobę Alzheimera. Opiekę nad nią sprawował mąż. Biorąc pod uwagę jej wiek - 67 lat, wydawało mi się, że na pana Alzheimera to o wiele za wcześnie, ale zdarzają się przypadki u dużo młodszych osób. Jedną z najmłodszych osób u której zdiagnozowano Alzheimera jest Michelle. Zdiagnozowano u niej tę chorobę gdy miała 39 lat. Tu można o tym przeczytać. Największe ryzyko zachorowania jest jednak po przekroczeniu 64 lat. 
Było to moje pierwsze zetknięcie się z tą chorobą w takim stadium i w takim wieku. To z czym miałam do czynienia wcześniej, w mojej rodzinie czy słyszałam od znajomych dotyczyło osób dużo starszych, schorowanych, mało aktywnych. Tu zastałam kobietę pełną energii, która nie bardzo wiedziała co z tą energią zrobić, bo w otaczającej ją rzeczywistości nie umiała się odnaleźć. Trzeba jej było wypełnić czas różnymi zajęciami na miarę jej możliwości, ale też nie zupełnie głupimi, jak np. dzielenie fasolek na czerwone i białe. Najważniejsze było to, że Berta poczuła do mnie zaufanie, a z czasem stałam się niemal członkiem rodziny. Najsmutniejsze natomiast, że odkąd pojawiła się choroba zniknęły wszelkie dawne przyjaźnie. Nikt jej nie odwiedzał. Pomijając niezbyt częste wizyty dzieci, była tak naprawdę sama z mężem no i ze mną. Mąż już nie dawał rady z prowadzeniem domu, którym wcześniej zajmowała się Berta i dodatkowo opieką nad nią.  Dzieci mieszkały w innych miejscowościach,  rodzeństwa Berta nie miała. Jeśli ktoś powie, że rodzice opiekują się dziećmi to dzieci powinny potem rodzicami to w przypadku Alzheimera się myli. Opieka nad chorym na Alzheimera to 48 godzin na dobę, a niektórzy mówią, że więcej. Tu nie ma szans na poprawę. Może być tylko gorzej. To nie dziecko, które rośnie i jest coraz mądrzejsze. Tu jest wręcz odwrotnie. To choroba mózgu. Brzydko nazywana też otępienną. Ale taka prawda. Osoba chora traci kontakt z rzeczywistością. Nie wie jaki jest dzień, jaka pora roku, nie potrafi kojarzyć faktów. Zauważy okruszek na stole, ale paczki chusteczek nie widzi. Żyje w świecie, który trudno nam zrozumieć. To taka częściowa śmierć za życia. Nie ma tę chorobę  lekarstwa. Można jedynie ćwiczeniami umysłowymi, zdrowym stylem życia, odpowiednią dietą i odpowiednim stosunkiem do chorego spowolnić jej postępowanie. Na pewno też każdy chory zachowuje się inaczej. Moja podopieczna w momencie rozpoznania choroby miała około 65 lat. Choroba postępowała u niej gwałtownie, potem trochę wyhamowała. Do mojego przyjazdu trwało to około 2 lat. Wcześniej była kobietą bardzo aktywną i zawodowo i w domu. Jeździła samochodem, na rowerze. Sporo podróżowała z mężem. Jej biblioteczka świadczyła o zainteresowaniu literaturą, a liczne książki kucharskie i ogrodnicze, że lubiła też gotowanie i ogród.  Kiedy rozpoczynałam pracę wydawało mi się, że Berta czyta książki. Leżały na szafce przy łóżku i często z nimi chodziła, przekładała, kartkowała. Pomyślałam,  że jeszcze nie tak źle. W krótkim czasie okazało się jednak, że były to książki, które kiedyś przeczytała, może ulubione, ale na pewno już ich wtedy nie czytała. Po paru dniach znalazłam jedna w koszu na śmieci.
Podstawowym problemem z Bertą było bezwiedne chowanie przez nią przedmiotów i potem mówienie, że wszystko jej ginie. Chowała, a właściwie to przekładała w inne miejsce rożne przedmioty w domu. Szukaliśmy ich z mężem Berty i znajdowaliśmy w najmniej spodziewanych miejscach. Niektórych nie udało się odnaleźć. Trzeba było pilnować ją przy ubieraniu, bo wkładała po kilka warstw bielizny. Jeśli obudziła się w nocy (spała w swoim pokoju) mimo, że była niewyspana i zmęczona zaczynała się ubierać. Trzeba było interweniować. Namówić do spania, chwilę porozmawiać. Miała zegarek na ręku i często sprawdzała na nim godzinę, ale raczej nieświadomie. Ciągle uczyłam się czegoś nowego na co trzeba zwracać szczególną uwagę. Po pierwsze, żeby zapewnić bezpieczeństwo, po drugie żeby sobie trochę ułatwić pracę. Chwile grozy przeżyłam, kiedy Berta wtargnęła mi na ulicę przy czerwonym świetle. Po prostu spojrzała na zielone światło, które było nad jej głową, dla samochodów. Na moją uwagę, że światło na które ma patrzeć jest na wprost, zdziwiona wzruszyła ramionami, czyli było jej wszystko jedno gdzie to zielone światło zobaczy. Przy przejściach bez świateł raczej zawsze uważała. Kiedy byłyśmy w sklepie niczego nie brała, czasami oglądała, ale kiedy powiedziałam, że tego nie potrzebujemy, odkładała na półkę. Jeśli poprosiłam wybierała sobie jogurt, czy wędliny na jakie miała ochotę. Z czasem jednak chodzenie po sklepach zaczęło ją denerwować. W domu miałam problem bo chodziła do piwnicy, wyjmowała przeznaczone do prania rzeczy z koszy, składała w kostkę i przynosiła na górę . Jak nie zauważyłam, rzeczy lądowały razem z czystymi w szafkach i trzeba było od nowa segregować.  Potem przeniosłam kosz z rzeczami do prania  w inne miejsce w piwnicy, a przy pralce stał zawsze pusty kosz  i problem zniknął. Z chorym na Alzheimera się nie walczy. Ciężko mu coś wytłumaczyć, zmusić do zrobienia tego co byśmy chcieli. Musimy jakimś fortelem sprawić, ze chory zrobi to chcemy.  W przeciwnym razie chory się zdenerwuje. Poczuje się zagrożony. Od zdenerwowania do jeszcze większego zamknięcia się w sobie już tylko jeden malutki krok. Trzeba tego unikać za wszelką cenę. Apatia, smutek, lęki to najwięksi sprzymierzeńcy Alzheimera. Jeśli chory znajdzie się w takim stanie trudno go będzie namówić na cokolwiek. Kiedy rozpoczynałam pracę moja podopieczna miała do ułożenia puzzle (500 elementów) i całkiem sobie dobrze radziła. Były też drewniane układanki. W miarę zapoznawania się z sytuacją zaproponowałam książki do malowania, które sprawdziły się bardzo dobrze.  Potem starałam się dowiedzieć czym interesowała się Berta zanim zachorowała. Co lubiła robić. Jedna z takich rzeczy okazało się dzierganie szydełkiem. Pracę wykonywała bardzo starannie, ale tylko jednym ściegiem. Innego nie udało mi się jej nauczyć. Pomagałam pozszywać zrobione przez Bertę elementy. Powstało kilka bardzo ładnych poduszek. Berta lubiła też przeglądać czasopisma i ulotki reklamowe ze sklepów. Namawiałam ją żeby mi coś przeczytała. Czytała nie zwracając uwagi na kropki, przecinki i akapity.



Wskazówki  dla opiekujących się chorymi na Alzheimera:

1.  Zawsze wydawaj polecenia wyraźnie, spokojnym głosem,  krótkimi zdaniami i koniecznie nawiązując kontakt wzrokowy z chorym, jeśli trzeba powtórz kilka razy, wtedy masz szansę, że cię zrozumie
2.  Nigdy nie należy mówić choremu, że coś zrobił źle, lepiej powiedzieć, że może to zrobić lepiej, że da radę.
3.  Należy usunąć przyczynę powodującą nieodpowiednie zachowanie chorego, a nie próbować go oduczyć, żeby tego nie robił. U mnie tak było z rzeczami do prania i ze zmywakiem, którego Berta używała do wszystkiego od wytarcia podłogi do wycierania sztućców. Zniknął zmywaczek z pola widzenia i problem się rozwiązał.
4.  Chorzy lubią jak się nimi zajmujemy, suszymy włosy, czeszemy, masujemy, kremujemy itp.
5.  Muzyka relaksacyjna lub muzyka którą kiedyś słuchał, bardzo dobrze wpływa na chorego
6.  Usuń z miejsc dostępnych dla chorego przedmioty, którymi może sobie zrobić krzywdę, albo źle zastosować np. krem do depilacji, czy żele do włosów mogą zostać zastosowane do twarzy. Berta używała kremu do paznokci do twarzy
7.  Jeśli chory zaczyna być smutny, płacze, użala się nad sobą trzeba starać się zwrócić jego uwagę na coś innego, czasami trzeba go po prostu zostawić. Po jakimś czasie przestanie i nie będzie pamiętał, że płakał.



Zajęcia dla chorego z Alzheimerem

1.  Bardzo dobrze jak chory uczestniczy w różnych pracach domowych. Póki sobie daje radę, trzeba go angażować przy prasowaniu, składaniu prania (czystego), sprzątania ze stołu czy nakrywaniu stołu, czy przyrządzaniu posiłków.  Oczywiście wszystko pod kontrolą.
2.  Oglądanie starych albumów to bardzo dobre zajęcie, ćwiczące pamięć. Trzeba pytać gdzie to było, jak nazywają się osoby na zdjęciach.
3.  Różnego rodzaju układanki
4.  Puzzle. Można pomóc choremu, aby najpierw ułożył ramkę, wybierając tylko puzzle brzegowe. Wyjmowałam często z ułożonych już puzzli niektóre fragmenty, albo pojedyncze puzzle i Berta całkiem sprawnie je uzupełniała.
5.  Pytajmy rodzinę czym się chory kiedyś interesował
6.  Bardzo dobre są książki do malowania dla dorosłych,
7.  Oglądanie telewizji. Programy o gotowaniu, przyrodnicze, koncerty. Filmy raczej odpadają
8.  Spacery. Zwykle chodziłyśmy dwa razy na godzinę lub więcej.
9.  Proste ćwiczenia relaksujące, również z piłką  



Naprawdę, może ktoś nie uwierzyć, ale po 4 miesiącach, bo tyle spędziłam z chorą za pierwszym razem smutno mi było wyjeżdżać i ją zostawić. Zagubione duże dziecko. Niestety teraz po miesięcznej przerwie i kolejnych 3 miesiącach nie mogę się doczekać końca. Nie daję rady. Niestety najprawdopodobniej wkrótce nikt nie da rady i jeśli pojawi się agresja, a zaobserwowałam już jej początki to pozostanie tylko specjalny ośrodek.W kolejnych postach postaram się więcej napisać o zachowaniu chorego, o tym jak wygląda dzień z chorym na Alzheimera. 

Pozdrowienia jeszcze z Niemiec


Korzenne pierniczki z Aachen tzw Printy, wyglądają pięknie, niestety strasznie twarde. Może to profanacja, ale paczuszkę którą dostałam wykorzystuję powoli do musli na mleku. W tej postaci smakują mi wybornie :)