poniedziałek, 26 czerwca 2017

Pierwsze spotkanie z Alzheimerem - Cz I

Książki do malowania dla dorosłych

Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że jest to taka straszna choroba.  Często mówiło się o niej w żartach traktując jako rodzaj trochę większego zapominalstwa. Tymczasem jest to bardzo poważna choroba, prowadząca do śmierci. Nie ma na nią lekarstwa, można jedynie spowolnić jej postępowanie, co wymaga wiele wysiłku i zaangażowania całej rodziny, a jak rodzina nie daje rady zatrudnia do pomocy opiekunkę. Do takiej właśnie pracy trafiłam.

Pomalowane przez moją podopieczną
 
Moją podopieczną okazała się pani, nazwijmy ją Berta, która miała już w dość znacznym stopniu zaawansowaną chorobę Alzheimera. Opiekę nad nią sprawował mąż. Biorąc pod uwagę jej wiek - 67 lat, wydawało mi się, że na pana Alzheimera to o wiele za wcześnie, ale zdarzają się przypadki u dużo młodszych osób. Jedną z najmłodszych osób u której zdiagnozowano Alzheimera jest Michelle. Zdiagnozowano u niej tę chorobę gdy miała 39 lat. Tu można o tym przeczytać. Największe ryzyko zachorowania jest jednak po przekroczeniu 64 lat. 
Było to moje pierwsze zetknięcie się z tą chorobą w takim stadium i w takim wieku. To z czym miałam do czynienia wcześniej, w mojej rodzinie czy słyszałam od znajomych dotyczyło osób dużo starszych, schorowanych, mało aktywnych. Tu zastałam kobietę pełną energii, która nie bardzo wiedziała co z tą energią zrobić, bo w otaczającej ją rzeczywistości nie umiała się odnaleźć. Trzeba jej było wypełnić czas różnymi zajęciami na miarę jej możliwości, ale też nie zupełnie głupimi, jak np. dzielenie fasolek na czerwone i białe. Najważniejsze było to, że Berta poczuła do mnie zaufanie, a z czasem stałam się niemal członkiem rodziny. Najsmutniejsze natomiast, że odkąd pojawiła się choroba zniknęły wszelkie dawne przyjaźnie. Nikt jej nie odwiedzał. Pomijając niezbyt częste wizyty dzieci, była tak naprawdę sama z mężem no i ze mną. Mąż już nie dawał rady z prowadzeniem domu, którym wcześniej zajmowała się Berta i dodatkowo opieką nad nią.  Dzieci mieszkały w innych miejscowościach,  rodzeństwa Berta nie miała. Jeśli ktoś powie, że rodzice opiekują się dziećmi to dzieci powinny potem rodzicami to w przypadku Alzheimera się myli. Opieka nad chorym na Alzheimera to 48 godzin na dobę, a niektórzy mówią, że więcej. Tu nie ma szans na poprawę. Może być tylko gorzej. To nie dziecko, które rośnie i jest coraz mądrzejsze. Tu jest wręcz odwrotnie. To choroba mózgu. Brzydko nazywana też otępienną. Ale taka prawda. Osoba chora traci kontakt z rzeczywistością. Nie wie jaki jest dzień, jaka pora roku, nie potrafi kojarzyć faktów. Zauważy okruszek na stole, ale paczki chusteczek nie widzi. Żyje w świecie, który trudno nam zrozumieć. To taka częściowa śmierć za życia. Nie ma tę chorobę  lekarstwa. Można jedynie ćwiczeniami umysłowymi, zdrowym stylem życia, odpowiednią dietą i odpowiednim stosunkiem do chorego spowolnić jej postępowanie. Na pewno też każdy chory zachowuje się inaczej. Moja podopieczna w momencie rozpoznania choroby miała około 65 lat. Choroba postępowała u niej gwałtownie, potem trochę wyhamowała. Do mojego przyjazdu trwało to około 2 lat. Wcześniej była kobietą bardzo aktywną i zawodowo i w domu. Jeździła samochodem, na rowerze. Sporo podróżowała z mężem. Jej biblioteczka świadczyła o zainteresowaniu literaturą, a liczne książki kucharskie i ogrodnicze, że lubiła też gotowanie i ogród.  Kiedy rozpoczynałam pracę wydawało mi się, że Berta czyta książki. Leżały na szafce przy łóżku i często z nimi chodziła, przekładała, kartkowała. Pomyślałam,  że jeszcze nie tak źle. W krótkim czasie okazało się jednak, że były to książki, które kiedyś przeczytała, może ulubione, ale na pewno już ich wtedy nie czytała. Po paru dniach znalazłam jedna w koszu na śmieci.
Podstawowym problemem z Bertą było bezwiedne chowanie przez nią przedmiotów i potem mówienie, że wszystko jej ginie. Chowała, a właściwie to przekładała w inne miejsce rożne przedmioty w domu. Szukaliśmy ich z mężem Berty i znajdowaliśmy w najmniej spodziewanych miejscach. Niektórych nie udało się odnaleźć. Trzeba było pilnować ją przy ubieraniu, bo wkładała po kilka warstw bielizny. Jeśli obudziła się w nocy (spała w swoim pokoju) mimo, że była niewyspana i zmęczona zaczynała się ubierać. Trzeba było interweniować. Namówić do spania, chwilę porozmawiać. Miała zegarek na ręku i często sprawdzała na nim godzinę, ale raczej nieświadomie. Ciągle uczyłam się czegoś nowego na co trzeba zwracać szczególną uwagę. Po pierwsze, żeby zapewnić bezpieczeństwo, po drugie żeby sobie trochę ułatwić pracę. Chwile grozy przeżyłam, kiedy Berta wtargnęła mi na ulicę przy czerwonym świetle. Po prostu spojrzała na zielone światło, które było nad jej głową, dla samochodów. Na moją uwagę, że światło na które ma patrzeć jest na wprost, zdziwiona wzruszyła ramionami, czyli było jej wszystko jedno gdzie to zielone światło zobaczy. Przy przejściach bez świateł raczej zawsze uważała. Kiedy byłyśmy w sklepie niczego nie brała, czasami oglądała, ale kiedy powiedziałam, że tego nie potrzebujemy, odkładała na półkę. Jeśli poprosiłam wybierała sobie jogurt, czy wędliny na jakie miała ochotę. Z czasem jednak chodzenie po sklepach zaczęło ją denerwować. W domu miałam problem bo chodziła do piwnicy, wyjmowała przeznaczone do prania rzeczy z koszy, składała w kostkę i przynosiła na górę . Jak nie zauważyłam, rzeczy lądowały razem z czystymi w szafkach i trzeba było od nowa segregować.  Potem przeniosłam kosz z rzeczami do prania  w inne miejsce w piwnicy, a przy pralce stał zawsze pusty kosz  i problem zniknął. Z chorym na Alzheimera się nie walczy. Ciężko mu coś wytłumaczyć, zmusić do zrobienia tego co byśmy chcieli. Musimy jakimś fortelem sprawić, ze chory zrobi to chcemy.  W przeciwnym razie chory się zdenerwuje. Poczuje się zagrożony. Od zdenerwowania do jeszcze większego zamknięcia się w sobie już tylko jeden malutki krok. Trzeba tego unikać za wszelką cenę. Apatia, smutek, lęki to najwięksi sprzymierzeńcy Alzheimera. Jeśli chory znajdzie się w takim stanie trudno go będzie namówić na cokolwiek. Kiedy rozpoczynałam pracę moja podopieczna miała do ułożenia puzzle (500 elementów) i całkiem sobie dobrze radziła. Były też drewniane układanki. W miarę zapoznawania się z sytuacją zaproponowałam książki do malowania, które sprawdziły się bardzo dobrze.  Potem starałam się dowiedzieć czym interesowała się Berta zanim zachorowała. Co lubiła robić. Jedna z takich rzeczy okazało się dzierganie szydełkiem. Pracę wykonywała bardzo starannie, ale tylko jednym ściegiem. Innego nie udało mi się jej nauczyć. Pomagałam pozszywać zrobione przez Bertę elementy. Powstało kilka bardzo ładnych poduszek. Berta lubiła też przeglądać czasopisma i ulotki reklamowe ze sklepów. Namawiałam ją żeby mi coś przeczytała. Czytała nie zwracając uwagi na kropki, przecinki i akapity.



Wskazówki  dla opiekujących się chorymi na Alzheimera:

1.  Zawsze wydawaj polecenia wyraźnie, spokojnym głosem,  krótkimi zdaniami i koniecznie nawiązując kontakt wzrokowy z chorym, jeśli trzeba powtórz kilka razy, wtedy masz szansę, że cię zrozumie
2.  Nigdy nie należy mówić choremu, że coś zrobił źle, lepiej powiedzieć, że może to zrobić lepiej, że da radę.
3.  Należy usunąć przyczynę powodującą nieodpowiednie zachowanie chorego, a nie próbować go oduczyć, żeby tego nie robił. U mnie tak było z rzeczami do prania i ze zmywakiem, którego Berta używała do wszystkiego od wytarcia podłogi do wycierania sztućców. Zniknął zmywaczek z pola widzenia i problem się rozwiązał.
4.  Chorzy lubią jak się nimi zajmujemy, suszymy włosy, czeszemy, masujemy, kremujemy itp.
5.  Muzyka relaksacyjna lub muzyka którą kiedyś słuchał, bardzo dobrze wpływa na chorego
6.  Usuń z miejsc dostępnych dla chorego przedmioty, którymi może sobie zrobić krzywdę, albo źle zastosować np. krem do depilacji, czy żele do włosów mogą zostać zastosowane do twarzy. Berta używała kremu do paznokci do twarzy
7.  Jeśli chory zaczyna być smutny, płacze, użala się nad sobą trzeba starać się zwrócić jego uwagę na coś innego, czasami trzeba go po prostu zostawić. Po jakimś czasie przestanie i nie będzie pamiętał, że płakał.



Zajęcia dla chorego z Alzheimerem

1.  Bardzo dobrze jak chory uczestniczy w różnych pracach domowych. Póki sobie daje radę, trzeba go angażować przy prasowaniu, składaniu prania (czystego), sprzątania ze stołu czy nakrywaniu stołu, czy przyrządzaniu posiłków.  Oczywiście wszystko pod kontrolą.
2.  Oglądanie starych albumów to bardzo dobre zajęcie, ćwiczące pamięć. Trzeba pytać gdzie to było, jak nazywają się osoby na zdjęciach.
3.  Różnego rodzaju układanki
4.  Puzzle. Można pomóc choremu, aby najpierw ułożył ramkę, wybierając tylko puzzle brzegowe. Wyjmowałam często z ułożonych już puzzli niektóre fragmenty, albo pojedyncze puzzle i Berta całkiem sprawnie je uzupełniała.
5.  Pytajmy rodzinę czym się chory kiedyś interesował
6.  Bardzo dobre są książki do malowania dla dorosłych,
7.  Oglądanie telewizji. Programy o gotowaniu, przyrodnicze, koncerty. Filmy raczej odpadają
8.  Spacery. Zwykle chodziłyśmy dwa razy na godzinę lub więcej.
9.  Proste ćwiczenia relaksujące, również z piłką  



Naprawdę, może ktoś nie uwierzyć, ale po 4 miesiącach, bo tyle spędziłam z chorą za pierwszym razem smutno mi było wyjeżdżać i ją zostawić. Zagubione duże dziecko. Niestety teraz po miesięcznej przerwie i kolejnych 3 miesiącach nie mogę się doczekać końca. Nie daję rady. Niestety najprawdopodobniej wkrótce nikt nie da rady i jeśli pojawi się agresja, a zaobserwowałam już jej początki to pozostanie tylko specjalny ośrodek.W kolejnych postach postaram się więcej napisać o zachowaniu chorego, o tym jak wygląda dzień z chorym na Alzheimera. 

Pozdrowienia jeszcze z Niemiec


Korzenne pierniczki z Aachen tzw Printy, wyglądają pięknie, niestety strasznie twarde. Może to profanacja, ale paczuszkę którą dostałam wykorzystuję powoli do musli na mleku. W tej postaci smakują mi wybornie :)

czwartek, 15 czerwca 2017

Zostałam opiekunką w Niemczech

Z różnych przyczyn, o których nie chcę się tu rozpisywać, zmuszona zostałam tuż przed 60-tką do szukania pracy. No cóż różnie w życiu bywa. Pracy się nie boję. Całe życie pracowałam, ale nie zawsze była to praca za wynagrodzenie.  Najważniejsze to się nie poddawać. Usłyszałam ostatnio dwie mądre myśli, że z rzucanych pod nogi kamieni należy zbudować schody, aby wejść wyżej i druga, że to co się dzieje, dzieje się dla nas, a nie nam.  Trzeba się przyzwyczaić do nowej sytuacji, co wcale nie musi oznaczać, że gorszej. Po prostu innej. Postawiona pod ścianą zawsze znajdowałam w sobie energię, żeby przezwyciężyć trudności. Teraz jestem po prostu sporo starsza więc przyszło mi to z większym trudem. Szansę widziałam w pracy w Niemczech jako opiekunka. Niemcy nie były mi obce jako, że wyjeżdżałam tam wcześniej wielokrotnie, ale nie do pracy. Języka niestety nie znałam. Ot parę słów zapamiętanych z poprzednich wyjazdów. O pracy opiekunki też niewiele wiedziałam. Doświadczenia w opiece nad chorym miałam tyle co przy rodzicach. Nie wiedziałam jak odnajdę się w obcej mi rodzinie, z którą będę musiała przebywać 24 godziny na dobę. W obcym środowisku i z niezrozumiałym w większości językiem.
Po dwumiesięcznej intensywnej nauce niemieckiego, jakimś cudem zdałam egzamin z niemieckiego w kilku firmach i pozostało oczekiwać na ofertę. Niemieckiego uczyłam się przez Internet. Mogę polecić dwa kursy na Duetsch Welle Harry gefangen In der Zeit  http://www.dw.com/de/deutsch-lernen/harry/s-13219 i Deutsch  warum nicht. http://www.dw.com/pl/nauka-niemieckiego/deutsch-warum-nicht/s-2740 . Pierwszy jest angielsko- niemiecki, drugi w języku polskim. Poza tym wiele fachowego słownictwa można znaleźć na stronach firm oferujących pracę. Niemiecki to podstawa. Bez tego nawet jak dostaniemy pracę będziemy sami się źle czuli. Wiem to po swoich doświadczeniach. Mimo, że dobrze wypadłam na rozmowie kwalifikacyjnej to mój niemiecki nie był utrwalony. Na miejscu, jak już wyjechałam  okazało się, że rozumiem sporo, ale z mówieniem totalna klapa. Groziło mi nawet, że wrócę do Polski, o czym dowiedziałam się znacznie później.
Przetrwałam. Dałam radę. Czasami musiałam zaciskać zęby, czasami płakać w poduszkę, było naprawdę ciężko, ale wytrzymałam. Chociaż każdy dzień był dla mnie lekcją niemieckiego to w każdej wolnej chwili się uczyłam. Słuchałam piosenek po niemiecku, czytałam przepisy kulinarne w niemieckich gazetach, oglądałam filmy i programy po niemiecku. Jest taki Fajny serial EXTRA  (można oglądać w Internecie) specjalnie do nauki niemieckiego, gdzie tekst, po niemiecku, jest na dole ekranu. Teraz po 6 miesiącach pracy mój język niemiecki jest dużo, dużo lepszy. Dogaduję się już bez większych problemów, ale dalej się uczę. Do pomocy mam tablet, zawsze jak nie wiadomo jak coś powiedzieć, wytłumaczyć można pokazać, pomocny jest też tłumacz w Internecie. Mam słownik obrazkowy też bardzo przydatny.

W tej pracy nie można sobie zrobić jedno dniowego urlopu to jest praca non-stop przez 24 godziny na dobę. Nawet jak ma się tzw. pauzę czyli godzinę, albo dwie dla siebie to jednak nie jest się u siebie. To bardzo duży stres szczególnie na początku, szczególnie dla takiej nowicjuszki jak ja, przyzwyczajonej do całkiem innego życia. Trochę pomogło mi to, że dość szybko odnajduję się w nowych warunkach i potrafię się dopasować. Oczywiście wszystko zależy od tego na jaką rodzinę się trafi. Wydaje mi się, że wiele negatywnych opinii w Internecie o złym traktowaniu opiekunek wywodzi się z tego, że częściej piszemy o złych odczuciach niż o dobrych. Trochę tak jak w książce życzeń i zażaleń. Więcej jest narzekań niż pochwał. Chociaż pracowałam u jednej rodziny to poznałam kilka niemieckich rodzin i wszystkie były mi bardzo życzliwe, i nie traktowały mnie z góry.
  Rodziny podopiecznych często organizują wycieczki lub pokazują lokalne atrakcje. Poznaje się inne zwyczaje, odmienną kuchnię. Więc można mieć też dla siebie jakieś przyjemności. Ja właśnie na taką trafiłam. Rodzina u której byłam chętnie chciała spróbować polskich potraw, ciekawiły ją Polskie zwyczaje. Muszę przyznać, że wyobrażenie o Polsce miała raczej kiepskie. Pytania o niektóre rzeczy wprawiały mnie w zdumienie jak niewiele Niemcy o nas wiedzą.
Jeśli chodzi o samą pracę to trafiłam na dość ciężki przypadek. Osobę z zaawansowanym Alzhaimerem w wieku 67 lat. Zupełnie sprawną fizycznie, ale nie umiejącą poradzić sobie z prostymi codziennymi rzeczami. Przez cały okres pobytu, a jestem w sumie 7 miesiąc, pisałam dziennik, z którego korzystając chciałam podzielić się zdobytym doświadczeniem i własnymi spostrzeżeniami w opiece nad chorym na Alzhaimera. Może pomogę tym co mają z tą chorobą do czynienia. O moim spotkaniu z tą chorobą i jak sobie radziłam w następnym wpisie.

Poniżej zdjęcia ze starego miasteczka Blankenberg w okolicach Bonn. Miasteczko położone  na 152 metrowym stromym grzbiecie górskim, otoczone jest murem obronnym, którego fragmenty pochodzą z XIII wieku. Znajdują się tu także fragmenty najstarszej i największej  fortyfikacji w Niemczech. Miasteczko zabudowane domami szachulcowymi stanowi jedno wielkie muzeum, w którym jednak normalnie żyją jego mieszkańcy.
Zdjęcia nie najlepsze bo robione telefonem komórkowym trochę starszej generacji :)









Pozdrowienia dla wszystkich co jeszcze tu zaglądają, a także dla nowych odwiedzających mój blog.

niedziela, 11 września 2016

Wrześniowy poranek w ogrodzie

W ciepły wrześniowy poranek snuje się po ogrodzie Babie Lato.  W świetle porannych promieni słońca widać go najlepiej.









Pozdrawiam
Anula






czwartek, 18 sierpnia 2016

Miętówka, orzeźwiająca, byle nie za dużo :)


Nalewka miętowa

Bardzo prosta do zrobienia, a do wypicia najlepsza z lodem i plasterkiem cytryny albo limonki.
Co nam potrzeba?
- 300 ml spirytusu
- 150 ml żródlanej wody
- 0,70 g cukru
15-20  10 cm gałązek świeżej zdrowej mięty, można też z mięty zamrożonej, z suszonej nie ma tak ładnego koloru.

Ilości te można sobie podwajać wg upodobania.

Wykonanie:
Świeże łodyżki mięty zalewamy spirytusem, dobrze zakręcamy słoik  i pozostawiamy w ciemnym miejscu na  24 godziny. Tak wyglądają po zalaniu.


a tak po 24 godzinach.

Gotujemy wodę z cukrem i po wystudzeniu łączymy z nalewem czyli tym co nam zostało po odcedzeniu mięty. Mieszamy, rozlewamy do butelek (z podanej ilości wyjdzie nam jedna butelka) i pozostawiamy przynajmniej na miesiąc. 




Na zdrowie!
(w rozsądnych ilościach)


czwartek, 2 czerwca 2016

Pora na zbieranie kwiatów czarnego bzu

W tym roku oprócz syropu zrobiłam też susz z kwiatów czarnego bzu. Można będzie z niego parzyć napar, okłady z takiego naparu są bardzo dobre na zmęczone oczy lub dodawać do czarnej czy ziołowej herbatki. O kwiatach czarnego bzu i syropie pisałam tutaj więc nie będę się rozpisywać  dodam tylko aby na jego zbiór wybrać się w słoneczny dzień, a jeśli wcześniej padało to odczekać parę dni. Najważniejszy w kwiatach jest pyłek, nadający syropowi złocisty kolor, a deszcz go wypłukuje. Przypomnę jeszcze tylko
przepis na syrop
40-50 rozwiniętych baldachów
1 litr źródlanej wody
1 kg cukru ( dałam mniej i dodałam parę łyżek miodu, można też dać cukier trzcinowy)
1 cała cytryna (dobrze wymyta)
W tym roku zrobiłam też eksperymentalne ciasto naleśnikowe z kwiatami czarnego bzu. Wyszło super. Żółciutkie, pachnące. Na porcję ciasta z której wychodzi około 10 naleśników dałam  odcięte kwiaty z jednego dużego baldachu.

Do naleśników dodaję zwykle 1-2 łyżki mąki z pełnego przemiału albo graham, ale ostanio spotkałam w sklepie mąkę jaglaną, która naleśnikom dodaje delikatności i to ją w takiej samej ilości dodaję do ciasta. Naleśniki robiłam z białym serem.


Polecam te naleśniki  podane z bitą śmietaną, galaretką owocową, polane syropem (można wykorzystać ten z kwiatów bzu)  lub jak w moim przypadku z jabłkami jako naprawdę wykwintne danie deserowe,


Naleśniki z nutą kwiatową
Smacznego!

poniedziałek, 2 maja 2016

Wiosna w ogrodzie

Deszczowa i chłodna, ale za to intensywnie zielona.

Fiołki wciskają się wszędzie i czasami zmuszona jestem je wyrywać bo zarastają inne kwiaty.



W skrzynkowych grządkach posianą mam rukolę, rzeżuchę, rzodkiewkę i cebulkę nazywaną tutaj rodzinną - sadzi się jedną, a potem wykopuje kilka. Większe się zużywa. Mają ostrzejszy smak od zwykłej cebuli, ale są niewielkie. Pozostałe są na kolejne wysadzenie. W trakcie wegetacji wykorzystuje się szczypiorek. Rosną już też selery naciowe, z których potem wyciskam zdrowy i smaczny sok. 
Te dzikie fiołki bardzo lubię. Przesadzam je do doniczek bo długo kwitną i cieszą oko.

W tym roku ogród mam dopieszczony. Nigdzie nie wyjeżdżałam, więc wszystkie wiosenne prace zostały wykonane na czas.

Pozdrawiam serdecznie
Anula




czwartek, 10 marca 2016

Kasza jaglana powraca na stoły


Otrzymuje się ją z nasion prosa, jednej z najstarszych roślin uprawnych. Kasza jaglana zapomniana, niektórzy może jej nawet nigdy nie jedli, powraca na nasze stoły na fali zdrowego odżywiania. Ma bardzo wiele zalet m.in. odkwasza organizm, zawiera witaminy z grupy B działające zbawczo na naszą cerę, włosy i paznokcie, zapobiegające miażdżycy i wspomagające pracę naszego serca. Kasza jaglana ma neutralny smak można ją więc przyrządzać i na słodko i na słono.  Muszę przyznać, że w mojej kuchni jaglanka pojawiła się całkiem niedawno za namową mojej córki. Młode pokolenie odkrywa na nowo to o czym my starsi zapomnieliśmy.  Kaszą jaglaną na słodko, jak na zdjęciu powyżej,  zachęcił mnie przepis znaleziony na blogu Agnieszki Maciąg. Potrzebna kasza jaglana, jabłko pieczone, miód i cynamon. Kaszę zgodnie z zaleceniem lekko uprażyłam, zalałam wrzącą wodą (1 część kaszy - 3 części wody) lekko posoliłam i wolno gotowałam około pół godziny.Przed końcem gotowania dodałam łyżkę masła. Klarowane można dodać od razu. Następnie w kocyk i pod kołderkę co najmniej na godzinę, ale jak kasza dobrze opatulona może być dłużej. Ważne żeby do podania była gorąca. Jabłka upiekły mi się na kominku.


Wszystko gotowe tylko wymieszać

jabłuszko upiekło się wspaniale,
a wszystko razem smakowało wybornie.

Kaszy ugotowało mi się za dużo więc z reszty zamierzam zrobić kotleciki ziemniaczano-jaglane. Przepis jest na blogu Kaszomania. Znajdziecie tam wiele więcej ciekawych przepisów np. Kasza jaglana ze szpinakiem podawana na talerzu w formie babki. To będzie pewnie moja kolejna potrawa. Ryż, który często gościł w mojej kuchni chyba na jakiś czas ustąpi miejsca jaglance.
Jedz na zdrowie!
Anula