Cieszmy się złotą jesienią :)
wtorek, 10 listopada 2015
sobota, 17 października 2015
Pigwówka i Pestkówka
Już po raz trzeci robię nalewkę z pigwowca. W tym roku wykorzystałam też pestki na tzw. Pestkówkę. Przepis znalazłam tutaj. O pestkach krążą różne różne opowieści. Wiadomo, że zawierają kwas pruski czyli cyjanek, ale jest to tak znikoma ilość, która nie szkodzi, a wręcz wspomaga organizm w zwalczaniu wielu chorób. Tak więc Pestkówka w rozsądnych ilościach posiada właściwości lecznicze, jak większość nalewek. Moja ma na razie tydzień, a już nabiera charakterystycznego zapachu migdałów. Pływająca na wierzchu zawiesina wytrąciła się z pestek i przed zlaniem nalewki do butelek, najlepiej małych, trzeba nalewkę przefiltrować. Najlepiej przez gazę.
Przepis na Pestkówkę jest taki:
szklanka pestek (mogą być też z jabłek)
250 g cukru
250 ml wody
250 ml spirytusu (95%)
Zagotowujemy wodę z cukrem i po wystudzeniu łączymy z pestkami i spirytusem. Pozostawiamy na około 4 tygodnie. Niektórzy radzą krócej, jak tylko osiągnie migdałowy zapach.
Filtrujemy, zlewamy do butelek i pozostawiam przynajmniej na miesiąc. Im dłużej tym lepiej.
Ja do swojej pestkówki dałam więcej spirytusu 400 ml. W tej chwili jest około 1 l, ale po oddzieleniu pestek pozostanie pewnie 0,75 l.
O nalewce z pigwowca pisałam przy okazji robienia jej po raz pierwszy. Wtedy trzymałam się ściśle przepisu, teraz wypracowałam własną metodę.
Podstawowy przepis jest taki:
1 kg owoców, bez gniazd nasiennych, drobno pokrojonych
1 kg cukru
0,5 l spirytusu (95%)
0,5 l wódki
Początek jest taki sam, czyli 1 kg owoców zasypuję 1 kg cukru i pozostawiam na około 2 tygodnie. Po tym czasie zlewam sok i żeby nalewka miała określoną moc, czyli jakieś 40%, stosuję taką proporcję. Do każdej półlitrowej butelki wlewam 300 ml soku i 210 ml spirytusu. Butelki dobrze zakręcam i na miesiąc odstawiam do piwnicy. Owoce natomiast zalewam wódką. Jak miałam 1 kg owoców to 0,5 l wódki, jak więcej to proporcjonalnie więcej wódki i też pozostawiam na miesiąc. Po tym czasie zlewam nalew z owoców, odmierzam ile go mam, owoce na pewno zabiorą nam trochę alkoholu i dzielę na ilość butelek z sokiem i spirytusem. W większym naczyniu, najlepiej dużej butelce lub słoju mieszam zawartość jednej butelki i wyliczoną część nalewu i ponownie rozlewam do butelek już na dłuższe leżakowanie. I tak każdą butelkę po kolei. Może jest z tym trochę zabawy, ale wiem, że mam dobrze zachowane proporcje. Pozostałe owoce jako, że posiadają pewną moc zalewam przestudzonym syropem z cukru lub miodem i wykorzystuje do herbaty. Trzymam je w lodówce. Myślę, że można by je też zalać rumem i używać zimą do rozgrzewającego napoju.
Pigwówka, a właściwie to Pigwowcówka bo z owoców pigwowca nie pigwy, ale nie bądźmy drobiazgowi, z czasem z jasno żółtego zmienia kolor na złocisty.
Na zdrowie :)
niedziela, 13 września 2015
Sos słodko-kwaśny
Ten sos znika u mnie bardzo szybko, więc nie może go zabraknąć na liście przetworów, które robię co roku. Zawiera tylko 4 składniki, ale dzięki temu jest uniwersalny. Wzbogacić go można po otwarciu słoiczka dodając np. kukurydzę, ananasa, czy pędy bambusa, albo wszystko na raz. To taki sos baza. Ja stosuję go zwykle w tej bazowej postaci, taki smakuje mi najlepiej, ale to rzecz gustu.
Składniki na ten sos są następujące:
2 kg pomidorów, najlepiej tych podłużnych
1/2 kg papryki, lepiej jak jest w różnych kolorach
1/2 kg cebuli
1/2 kg marchewki
1 szklanka oliwy z oliwek
1/3 szklanki octu
1,5 łyżeczki cukru
4 płaskie łyżeczki soli
1 łyżka oregano
1 łyżeczka bazylii
Sparzone pomidory obieram ze skórki i kroję w kostkę, dodaje pokrojone w kostkę cebulę i marchewkę, sól i powoli gotuję około pół godziny. Następnie dodaję pokrojoną w kostkę paprykę i gotuję jeszcze pół godziny.
W międzyczasie myję słoiki i nakrętki. Słoiki wkładam do wysuszenia, wyparzenia i nagrzania do piekarnika, temperatura 100 st., a umyte nakrętki przelewam wrzącą wodą.
Pod koniec gotowania dodaję cukier, oregano, oliwę i ocet. Gorący sos nakładam do gorących słoiczków równo z brzegiem. Zakręcam, stawiam do góry dnem na kocyku i kocykiem szczelnie je otulam i tak pozostawiam do całkowitego wystygnięcia. Taką metodę stosuję od lat i słoiki zawsze mi się zamykają.
Składniki na ten sos są następujące:
2 kg pomidorów, najlepiej tych podłużnych
1/2 kg papryki, lepiej jak jest w różnych kolorach
1/2 kg cebuli
1/2 kg marchewki
1 szklanka oliwy z oliwek
1/3 szklanki octu
1,5 łyżeczki cukru
4 płaskie łyżeczki soli
1 łyżka oregano
1 łyżeczka bazylii
Sparzone pomidory obieram ze skórki i kroję w kostkę, dodaje pokrojone w kostkę cebulę i marchewkę, sól i powoli gotuję około pół godziny. Następnie dodaję pokrojoną w kostkę paprykę i gotuję jeszcze pół godziny.
W międzyczasie myję słoiki i nakrętki. Słoiki wkładam do wysuszenia, wyparzenia i nagrzania do piekarnika, temperatura 100 st., a umyte nakrętki przelewam wrzącą wodą.
Pod koniec gotowania dodaję cukier, oregano, oliwę i ocet. Gorący sos nakładam do gorących słoiczków równo z brzegiem. Zakręcam, stawiam do góry dnem na kocyku i kocykiem szczelnie je otulam i tak pozostawiam do całkowitego wystygnięcia. Taką metodę stosuję od lat i słoiki zawsze mi się zamykają.
Miłego dnia.
poniedziałek, 7 września 2015
Zdzisława Sośnicka wróciła
po wielu latach milczenia z nową piosenką " Tańcz choćby płonął świat".
Piękny teledysk i piosenka. Nie byłam na wielu koncertach na żywo, ale na koncercie Zdzisławy Sośnickiej, bardzo kameralnym, byłam. Było to wiele lat temu w Warszawie w Hotelu Victoria. Mimo upływu lat pamiętam bardzo dobrze perfekcjonizm artystki, któremu trudno dorównać. Każdy ruch, każdy gest dopracowany w 100 procentach no i oczywiście wspaniały głos. Drobna blondynka, jaką wtedy, na żywo, zobaczyłam na scenie zupełnie odbiegała od mojego o niej wyobrażenia, ale kiedy zaśpiewała... Dla Niej powinien zostać napisany musical, ale musicali w polskim kinie niestety jest niewiele.
Piosenka jak najbardziej na czasie zapraszam do jej wysłuchania i obejrzenia teledysku, warto.
Pozdrawiam
Anula
Piękny teledysk i piosenka. Nie byłam na wielu koncertach na żywo, ale na koncercie Zdzisławy Sośnickiej, bardzo kameralnym, byłam. Było to wiele lat temu w Warszawie w Hotelu Victoria. Mimo upływu lat pamiętam bardzo dobrze perfekcjonizm artystki, któremu trudno dorównać. Każdy ruch, każdy gest dopracowany w 100 procentach no i oczywiście wspaniały głos. Drobna blondynka, jaką wtedy, na żywo, zobaczyłam na scenie zupełnie odbiegała od mojego o niej wyobrażenia, ale kiedy zaśpiewała... Dla Niej powinien zostać napisany musical, ale musicali w polskim kinie niestety jest niewiele.
Piosenka jak najbardziej na czasie zapraszam do jej wysłuchania i obejrzenia teledysku, warto.
Pozdrawiam
Anula
wtorek, 21 lipca 2015
Wczasy, kiedyś
Wyruszamy....
Z mamą, z tatą i sama
Pisałam
juz o wczasach wagonowych, można o tym przeczytać tutaj. Teraz jako, że nastał okres wakacyjny i urlopowy wrócę
wspomnieniami do zupełnie innych wczasów. Wczasów moich rodziców, a moich
pierwszych wakacji, bo właśnie skończyłam pierwszą klasę szkoły podstawowej. Do tej pory można powiedzieć wakacje miałam cały czas. Moi rodzice i ich znajomi zorganizowali
wyjazd samochodami do dawnej już Jugosławii z krótkim pobytem na Węgrzech,
gdzie mieszkała daleka nasza krewna, Marysia, która wyszła za mąż za Węgra. W
sumie były 3 rodziny. Ja z rodzicami i dwa małżeństwa, jedno z dwojgiem dzieci
sporo starszych ode mnie i drugie bezdzietne. Oczywiście przed wyjazdem trzeba było
załatwiać mnóstwo formalności paszporty, wizy, przydziały obcych walut na każdy kraj
przez który się będzie przejeżdżać i zgromadzić odpowiednie zapasy prowiantu,
namioty, materace, kuchenki, butle gazowe, garnki, sztućce. Jednym słowem wszystko co niezbędne
do takiej wyprawy, bo tak chyba można nazwać to całe przedsięwzięcie szczególnie
w latach
60-tych i pobytów na campingach, bo takie było założenie. Samochody jakimi wyruszyliśmy to syrenka i wartburg naszych znajomych
i nasz moskwicz. Niewiele pamiętam z samej trasy, w końcu upłynęło wiele lat, a
ja byłam wtedy małą dziewczynką i nie na wszystko zwracałam uwagę, z całej wyprawy jednak sporo rzeczy utkwiło mi w pamięci. Kamieniste plaże po których nie dało się chodzić
boso, a na których wyszukiwaliśmy
ciekawie poskręcanych muszelek, słone morze, całkiem spore żółwie chodzące po campingach,
drzewa figowe i palmowe. Piękny Dubrownik, potem tak zniszczony przez wojnę domową. Wąziutkie ulice starego miasta gdzie okno po drugiej stronie było
niemal na wyciągnięcie
ręki i obsadzone palmami drogi.
Z prawej ja z mamą
Z zakupami, modne w tamtych czasach plastikowe koszyczki i praktyczne siatki
Malowniczo
położone wioski i chłopi prowadzący objuczone osiołki. Drogi były wąskie, kręte z
jednej strony skały z drugiej strome zbocze, a w dole morze. Na jednym z takich
zakrętów nasi znajomi jadący syrenką cudem uniknęli wypadku. Jakiś większy samochód,
może autobus, szczegółów nie pamiętam prawie zepchnął ich przepaść. Po tym
zdarzeniu nasz znajomy powiedział, że jak szczęśliwie wróci do Polski to
ucałuje polską ziemię i słowa dotrzymał. Często długo jechaliśmy szukając kempingu, a jak go nie znajdowaliśmy
zatrzymywaliśmy się po prostu na dziko. Nieraz
teren był tak skalisty, że nie dało się wbić śledzia od namiotu, innym
razem okazywało się że rozbiliśmy namioty na czyimś polu i rano właściciel przychodził
po pieniądze za nocleg. Jednego razu zatrzymaliśmy się też na dziko, nad
morzem, ale na wysokiej skarpie. W dół prowadziła ścieżka i tata poszedł się
wykąpać. Nie wracał bardzo długo i zaczęłyśmy się z mamą denerwować. Wołałyśmy,
ale nie było żadnej odpowiedzi, kiedy już razem ze znajomymi mieliśmy wyruszyć
w dół na poszukiwania, pełni obaw, że coś się stało, tata sie pojawił, cały i
zadowolony. Okazało się że on nas słyszał i nam odpowiadał, tylko jego głos z dołu do nas nie dochodził.
Malownicze krajobrazy
Na kempingu, poranna higiena :)
dziewczęca, a już dominacja? Dwie Anie i Włodek. Z tyłu moja mama z wujkiem, tak się zwracaliśmy do znajomych rodziców.
Na Węgrzech
oprócz krótkiego pobytu u rodziny, mieszkającej nad Balatonem, kąpaliśmy się
jeszcze w błotnym, termalnym jeziorze znajdującym się w pobliżu Balatonu, gdzie temperatura wody latem wynosi 33-34 stopnie C. Rodzice ze znajomymi spędzali wieczory w winiarniach, a my, dzieci zostawaliśmy pod opieką mamy wujka Ivana, której ni w ząb nie rozumieliśmy, a tłumczem była mała Etelka.
Najwyższy to Ivan, mąż naszej krewnej Marysi (przed nim), najmniejsza to ich córka Etelka
To były na pewno długo nie zapomniane wakacje. Na
kolejne pojechaliśmy, też w trzy samochody, ale w innym składzie, jak skończyłam
liceum tym razem do Grecji i Turcji.
Pozdrawiam Wszystkich odwiedzających bardzo serdecznie
Anula
czwartek, 16 lipca 2015
Nalewka z wiśni dla początkujących
Jeśli nie robiliście nigdy
nalewki, nie macie zielonego pojęcia co z czym i w jakich ilościach połączyć to
nie zróbcie takiego błędu jak ja i nie zmarnujcie całego dnia na czytaniu
przepisów na blogach od których zamąci się Wam w głowach nawet bez nalewki i
dalej nie będziecie wiedzieć absolutnie nic. Ja tak właśnie miałam. Chociaż nie
jestem w tym temacie zupełnie zielona, bo robiłam już nalewkę z pigwy to jednak chciałam swoją wiedzę pogłębić ,a
po za tym miałam ochotę na nalewkę z wiśni bo właśnie jest sezon na wiśnie. Czego
ja się nie naczytałam. A to żeby owoce zasypać cukrem, a to żeby zalać wódką, a
to żeby zagotować, a to żeby zalać wódką, zasypać cukrem i przykryć gazą no i
wtedy na pewno otrzymamy sok z wiśni bo procenty nam wyparują. Oczywiście każdy
sposób był najlepszy z najlepszych. Do tego dochodziły jeszcze najróżniejsze
proporcje więc zwątpiłam czy ja tą nalewkę w ogóle zrobię. A wiśnie kupiłam ciemne,
wielkie, nie takie malizny jak w
okolicznych ogródkach, szkoda by się zmarnowały. Swoich wiśni jeszcze nie mam
bo drzewka posadzone w zeszłym roku zaowocowały na razie dwoma wisienkami, ale
zapowiadają się dobrze. Tak więc, kiedy myślałam, że po prostu przyjdzie mi
albo poeksperymentować, albo skorzystać z jednego z przepisów, który
najbardziej do mnie przemawiał znalazłam tę stronę i wszystko mi się
rozjaśniło.
Teraz już wiem, że jest
kilka metod wykonania nalewki, że najważniejszy jest nalew (stąd nazwa nalewka),
który powstaje po zalaniu owoców alkoholem. Można owoce (bez cukru) zalać
alkoholem na około 3 tygodni, potem zlać nalew i owoce zasypać cukrem, a kiedy
puszczą sok połączyć oba roztwory, można odwrotnie. Można też cukrem i alkoholem
na raz. Wszystkie metody prowadzą do powstania nalewki. W drugim przypadku owoce w cukrze trzymamy
krótko, tak żeby puściły sok, ale nie zaczęły nam fermentować. Wydaje mi się,
że pierwsza metoda jest lepsza, chociaż nalewkę z pigwy robię właśnie tą drugą
metodą. Na sok z owoców pigwy czeka się jednak znacznie dłużej. Proporcje też mogą być różne w zależności od
tego czy chcemy mniej czy bardziej wytrawną nalewkę. Nie ma ścisłych
przepisów, tak jak kiedyś słyszałam,
żeby dodać 200 liści, ani mniej ani
więcej. A liście wiadomo różne są. Tak więc pole do popisu mamy duże, a dodatki
dodajemy wg uznania i własnych upodobań w końcu nalewka ma nam smakować. Raczej
nie ma obawy, że nam się zepsuje, to nie wino, chociaż dostałam kiedyś nalewkę,
która nie dała się wlać do kieliszka bo była jak galaretka. To w przypadku, gdy
owoce są za kwaśne, za dużo pektyn. Do
nalewki wiśniowej można dodać migdały, można też zostawić trochę pestek. Nie należy przesadzać z ich szkodliwością. Kto kiedyś, myślę o trochę starszym pokoleniu nie wyjadał środków z pestek śliwek (skład ten sam), a kompoty z wiśni prawie zawsze robiło się z pestkami bo były smaczniejsze. I co, żyjemy. Pozostałych pestek też nie wyrzucamy. Wysuszone, umieszczone w lnianym woreczku mogą
służyć do okładów zarówno zimnych (woreczek schłodzić w zamrażalniku) jak i
ciepłych (ogrzane w piekarniku). Same „pijane” owoce po odlaniu nalewu możemy zamrozić lub trzymać w
słoiczku w lodówce i wykorzystywać do deserów lodowych lub owocowych.
Ja swoją nalewkę zrobiłam
na dwa sposoby. Pierwszy owoce zalane alkoholem plus około 20 liści z wiśni i
kilkanaście pestek. Drugi owoce zasypane cukrem plus kilka migdałów, plus
kilkanaście owoców porzeczko agrestu dla wzmocnienia smaku. Jaki będzie efekt zobaczymy.
Cukru dawałam mniej niż przy nalewce pigwowej, tam było 1kg cukru na 1 kg już pokrojonych owoców.
Warto sobie dokładnie
zapisywać ile czego dajemy, ile otrzymujemy soku i tak dalej. Konieczne to jest
m.in. do tego żeby wyliczyć procenty jakie będzie miała nasza nalewka no i do
tego żeby potem (czytaj: w przyszłym roku) zrobić ewentualne korekty.
No i najważniejsze trzeba
dołożyć trochę serca, jak do wszystkiego co się robi. Na pewno się uda.
Nalewki na różnych etapach robione dwoma sposobami.
W kieliszku to jeszcze nie nalewka, syrop ze spirytusem, owoce jeszcze naciągają zalane wódką, a dużym słoju owoce bez cukru zalane 70% alkoholem. I jedne i drugie muszą jeszcze trochę postać.
wtorek, 23 czerwca 2015
Bananowy chlebek i bułeczki z siemieniem lnianym
Przepis na ten chlebek, autorstwa Agnieszki Maciąg znalazłam w miesięczniku
„Uroda życia”. Chlebek tak naprawdę nazywa się „ Chlebek bananowy z siemieniem
lnianym i suszonymi śliwkami” i
powtarzam za autorką świetnie nadaje się na leniwe letnie dni na łonie natury.
W mojej kuchni zostanie już na stałe i będzie w sam raz do kawy. Chlebek długo
zachowuje świeżość. Posmarowany masłem i łyżeczką domowych powideł ( u mnie
galaretka z czarnej porzeczki) może śmiało konkurować z innymi ciastami. Dzięki
zawartości zmielonego siemienia lnianego i oleju jest przy tym zdrowy.
I jeszcze dwie ważne wiadomości
– przygotowanie 10 minut
- czas pieczenie około godziny.
A oto i przepis:
Składniki:
Składniki:
1 ¾ szklanki
mąki (dałam
500)
½ szklanki zmielonego
siemienia lnianego (można kupić zmielone,
ja zmieliłam w młynku do kawy bo akurat nie miałam mielonego)
2 dojrzałe banany pogniecione na papkę ( zmiksowałam w blenderze)
¾ szklanki pokrojonych suszonych śliwek bez pestek (nie dałam, ale można też dać rodzynki, albo
żurawinę)
Skórka z 1 dobrze wyszorowanej i sparzonej cytryny
¾ szklanki cukru
trzcinowego ( dałam ½ szklankę zwykłego)
1 łyżeczka proszku do pieczenia bez fosforanów ( znalazłam taki w sklepie eko)
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka cynamonu
2 jajka od kur z wolnego wybiegu
¾ szklanki oleju z
pestek winogron ( dałam ryżowy bo głownie
taki stosuję w kuchni, ale mam już zakupiony z pestek winogron na następny
wypiek)
Szczypta soli
Wykonanie:
- foremkę, keksówkę, wysmarować masłem i posypać bułką tartą
- piekarnik nagrzać do 180 st, C
- wymieszać w misce wszystkie sypkie składniki
- w mikserze na wolnych obrotach wymieszać olej i jajka,
dodać banany, otartą skórkę z cytryny oraz suche składniki, na koniec wsypać śliwki i lekko
wymieszać (mieszałam ręcznie)
- przełożyć do foremki,wstawić do nagrzanego piekarnika i
piec około godziny. Przed wyjęciem sprawdzić patyczkiem czy ciasto jest dobrze
upieczone w środku. Powinno być suche. Jeśli patyczek wychodzi z ciasta mokry
to trzeba zostawić na dłużej przykrywająć z wierzchu folią, aby się nie
przypaliło.
I gotowe
Jak już upiekłam ten Chlebek
to zaczęłam szukać przepisu na bułeczki z siemieniem lnianym i znalazłam na
jednym z blogów kulinarnych przepis, który pochodził od AgusiH z forum Cin-Cin.
Bułeczki są leciutkie, mięciutkie i mają wyrazisty smak. Idealne do serów, zwłaszcza białego. Mimo zawartości miodu smakują również z wędliną.
Bułeczki razowe z dodatkiem siemienia
lnianego
Składniki: na 16 bułeczek
- 1/2 - 3/4 szklanki mleka
- 1/2 szklanki wody
- 3 łyżki miodu
- 1 duże jajko ( dałam 1 i 1/2 , a z połowy jajka zrobiłam miksture do smarowania bułeczek - rozbełtane jajko plus łyżka jogurtu lub mleka)
- 1 i 1/2 łyżki oleju z orzechów laskowych ( u mnie z orzechów włoskich)
- 2 i 1/4 szklanki mąki pszennej (500)
- 1 i 1/4 szklanki mąki pszennej razowej (dałam mąkę pelnoziarnistą 3 zboża pszenica, orkisz i żyto)
- 1/2 szklanki siemienia lnianego zmielonego
- 1 opakowanie suchych drożdży (7g) lub 25 g świeżych
- 1 łyżeczka soli
Wykonanie:
Drożdże rozpuścić w 1/3 szklance ciepłego mleka i wymieszać z miodem i łyżką mąki. Pozostawić do wyrośnięcia. Wyrobić ciasto tak jak drożdżowe, pod koniec wyrabiania dodając olej. Pozostawić w cieple do wyrośnięcia. Powinno podwoić objętość.
Można w maszynie do chleba nastawiając na wyrabianie i rośnięcie. Ja tak właśnie robiłam.
Ciasto pięknie wyrosło.
Ciasto przekładamy na stolnicę lekko oprószoną mąką, lekko wyrabiamy tworząc wałek, który dzielimy na 16 części. Z każdej części robimy okrągłą bułeczkę i pozostawiamy pod ściereczką do wyrośnięcia na około pół godziny. Delikatnie smarujemy jajkiem wymieszanym z mlekiem lub jogurtem, posypujemy czym kto lubi i do piekarnika. Wyjmujemy jak będą rumiane. Teraz trzeba się tylko opanować, żeby nie pochłonąć bułeczek zbyt dużo . Ja bułeczki mrożę i jem po jednej na śniadanie. Pychotka.
Wykonanie:
Drożdże rozpuścić w 1/3 szklance ciepłego mleka i wymieszać z miodem i łyżką mąki. Pozostawić do wyrośnięcia. Wyrobić ciasto tak jak drożdżowe, pod koniec wyrabiania dodając olej. Pozostawić w cieple do wyrośnięcia. Powinno podwoić objętość.
Można w maszynie do chleba nastawiając na wyrabianie i rośnięcie. Ja tak właśnie robiłam.
Ciasto pięknie wyrosło.
Ciasto przekładamy na stolnicę lekko oprószoną mąką, lekko wyrabiamy tworząc wałek, który dzielimy na 16 części. Z każdej części robimy okrągłą bułeczkę i pozostawiamy pod ściereczką do wyrośnięcia na około pół godziny. Delikatnie smarujemy jajkiem wymieszanym z mlekiem lub jogurtem, posypujemy czym kto lubi i do piekarnika. Wyjmujemy jak będą rumiane. Teraz trzeba się tylko opanować, żeby nie pochłonąć bułeczek zbyt dużo . Ja bułeczki mrożę i jem po jednej na śniadanie. Pychotka.
Marzy mi się jeszcze taki prawdziwy rogalik. Może ktoś pamięta delikatne rogaliki, chrupiące i pachnące masłem, które można było rozwinąć i wyjadać środek, a na koniec chrupiącą skórkę. Może gdzieś można takie kupić. Może w centralnej Polsce jeszcze się takie piecze bo stamtąd je pamiętam. Jak się przeprowadziłam kilkanaście lat temu na Podkarpacie to tutaj takich nie było i jak prosiłam o rogalik bez nadzienia to patrzono na mnie jak na kosmitkę. Rogaliki owszem były i są, ale wszystkie z nadzieniem, poza tym nie mają nic wspólnego z tamtym rogalikiem.
Znalazłam kiedyś przepis z którego wydaje mi się, że wyjdą rogaliki takie jak pamiętam. Przepis jest dość pracochłonny, ale chyba go w końcu wypróbuję. Jak się udadzą podzielę się sposobem ich wykonania.
Miłego dnia.
Anula
Subskrybuj:
Posty (Atom)










