czwartek, 10 lipca 2014

Plac Zabaw - Wstęp wzbroniony!!!


Plac zabaw w naszej wsi jest, ale jakby go nie było. Zaraz przypomniał mi się film Kogel Mogel. Łązienkę? Mamy, jak to mamy nie mieć, ale chodzimy do wygódki. No więc plac zabaw dla dzieci w mojej wsi JEST, ale jakby go nie było i bawimy się na własnych podwórkach. Powód zamknięcia. Nie spełnia warunków bezpieczeństwa i sanitarnych. Podpisu pod tą informacją brak, pieczątki też, więc nie wiem w czyjej gestii jest zamknięcie takiego placu i kto ma klucz? Podobno nie został wymieniony piasek. Ile może kosztować wywrotka piasku (może dwie – plac jest dość duży). Co prawda piaskownicy nie zauważyłam, więc widocznie chodzi o piasek ogólnie, wysypany na terenie placu zabaw. Jeśli chodziłoby o samą piaskownicę to problem byłby co najmniej groteskowy. Nasunął mi się na myśl plac zabaw pomiędzy blokami, gdzie często bawiła się moja córka. Piasek co roku był co prawda dosypywany do piaskownicy, ale na całym terenie był jaki był. Wieczorami na ławkach siedzieli okoliczni pijaczkowie, a w piaskownicy można było znaleźć różne rzeczy. Czysty piasek zresztą szybko znikał bo ludzie wieczorami wynosili go wiadrami dla domowych zwierzątek.  Nikt jednak placu zamknąć nie mógł z tej prostej przyczyny, że nie miał jak. Teren nie był przecież ogrodzony. Widocznie od tamtego czasu wiele się zmieniło, a może jest to po prostu przerost formy na treścią. Nie wiem czy dzieci na wielu podwórkach mają lepsze warunki sanitarne, czy nie ale na pewno nie wszystkie mają do dyspozycji huśtawki i zjeżdżalnie. Zaś plac  zabaw,  który zamknięty jest od początku sezonu zarasta trawą i chwastami.







Obok placu zabaw są trzy boiska, chyba wybudowane w ramach program „Orliki” . Całkiem porządne boiska, ale puste. Nikogo na nich nie było. 




Zdziwiło mnie to trochę. Nie ma chętnych, żeby pograć w piłkę, przecież są wakacje. Moje zdziwienie wyjaśniła informacja na tablicy o godzinach otwarcia zespołu boisk.

Z czymś takim jeszcze się nie spotkałam. Z drugiej strony, aż tak bardzo się takimi rzeczami ostatnio nie interesowałam . Nie wiem z jakich względów dostępność do boisk jest tak ograniczona. Sprawdziłam w internecie jakie są zasady korzystania z takiego boiska bo może tu tkwi problem. W sumie oprócz ogólnie przyjętych zasad przy korzystaniu z obiektów sportowych czyli  nie palenia, nie picia, nie wprowadzania zwierząt i nie śmiecenia jest wymóg posiadania odpowiedniego obuwia. Poza tym pierwszeństwo do korzystania ma szkoła. Od poniedziałku do piątku w godzinach popołudniowych, a w soboty i w niedziele  cały dzień Orliki powinny być dostępne, bezpłatnie, dla wszystkich chętnych  (z wyjątkiem dni, kiedy organizowane są zawody szkolne). Ale teraz są wakacje. Okazuje się, że jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Program rządowy był okazało się nie do końca przemyślany. Przewidywał bowiem wybudowanie kosztownego (około 1 mln zł) zespołu boisk i podarowania go szkole. Nie przewidywał jednak dofinansowania w jego utrzymaniu,  ale jednocześnie zakładał jego ogólnodostępność. Utrzymanie boisk jest jednak kosztowne  i szkół na nie nie stać, ograniczają więc dostępność. No i Orliki mamy, wypasione, a jakże, ale świecą pustkami.  Cieszę się że moja młodość upłynęła w czasach, kiedy boiska i stadiony  były ogólnie dostępne. Chodziło się na nie pograć w siatkówkę, powrzucać piłkę do kosza, a nawet pograć w babingtona,  jeśli chłopcy akurat nie grali w nogę. I nie trzeba było mieć specjalnych butów i stroju sportowego.

A tak w ogóle to w planie miałam zupełnie inny temat, chociaż powiązany z tym, a mianowicie o grach i zabawach zapomnianych  do których  w związku z wakacjami można by było dzieci zachęcić, a które bardzo szczegółowo zostały opisane w piśmie Piękno i Pasje  (Nr 4-5/2014) Zachęcam do lektury. A jak ja grałam w klasy napiszę w następnym poście. 
Myślałam,  naiwna, że na boiskach, czy placach zabaw mogłyby oprócz urządzeń pionowych, zostać wymalowane, na stałe,  gry poziome. No ale skoro place i boiska nie są dostępne...




niedziela, 29 czerwca 2014

Porzeczkoagrest i inne rośliny


które mimo wielokrotnych przeprowadzek, a co za tym idzie zakładaniem kolejnych ogrodów idą za mną. Niektóre pamiętam z rodzinnego domu, który otaczał ogród z licznymi drzewami i krzewami – głównie porzeczek.  Nie było wtedy mody na obsadzanie ogrodów iglakami. Rosły natomiast kaliny, jaśminy i bzy. W większości jednak ogród zajmowały rośliny pożyteczne, czyli drzewka owocowe, krzewy owocowe i warzywa. Niektóre jak na przykład porzeczki przynosiły nawet pewien dochód, gdyż część sprzedawało się w skupie. Babcia z porzeczek robiła bardzo dobry kisiel, a moja niania nie piła herbaty tylko wodę z sokiem z czarnej porzeczki, dziadek natomiast wykorzystywał porzeczki na domowe wino. Nie wszyscy lubią czarną porzeczkę, mimo jej cennych właściwości , przez jej charakterystyczny zapach. Ale jest porzeczkoagrest, który nie ma tego charakterystycznego dla czarnej porzeczki zapachu. Owoce są duże jak agres, a krzaki bujne i niekłujące. I nie mogę zrozumieć dlaczego ten krzew jest tak mało popularny. Pierwszy raz zetknęłam się z porzeczkoagrestem w moim drugim ogrodzie, właściwie to ogródku, bo było to 300 m2 działki na Ogródkach pracowniczych w Milanówku. (Truskawki w Milanówku – znacie? Śpiewała Hanna Banaszak, ale także Agnieszka Kotulanka i dużo bardziej mi się ta wersja podoba. Nie wiedziałam nawet, że tak ładnie kiedyś śpiewała). A wracając do ogródków działkowych o imieniu Malwa to tam właśnie odchwaszczając zapuszczoną przez lata działkę odkryłam porzeczkoagrest. I od tamtej pory w każdym kolejnym ogrodzie musi być. Kiedy wiozłam łubiankę tych dorodnych owoców wysłużoną kolejką wąskotorową do domu w Warszawie parę osób chciało je ode mnie  kupić licytując się nawet ceną. Inni podziwiali pytając co to za owoc. Oczywiście dowiozłam je bezpiecznie do domu i zrobiłam, to co zawsze robiłam z porzeczek czyli galaretkę. W kolejnych ogrodach miałam wersje pienne, których nie lubię. Niestety innych nie mogłam dostać. Teraz też mam pienną, ale wyhodowałam sobie sama wersje krzaczastą. Krzaki mają 3 rok i już sporo owoców i duże przyrosty.  Myślę, że od przyszłego roku nie będę już musiała kupować czarnej porzeczki na ulubioną galaretkę. 




Co jeszcze muszę mieć w ogrodzie. Agrest. Mam 3 krzaki, malutkie, zakupione zeszłej jesieni,  niestety pienne, ale za to odmiana bezkolcowa. Też spróbuję sobie wyhodować wersję krzaczastą. Na jesieni planuje jeszcze kupić wiśnię North Star. Najlepsza jaką znam. Drzewka mają zgrabną koronę, nie trzeba ich przycinać i dają smaczne, duże, ciemne owoce.  W tym roku posadziłam 2 sadzonki pigwowca (na nalewkę i sok) ale na plony trzeba będzie jeszcze poczekać.  Nie mam jeszcze w ogrodzie bzu i jaśminu, ani kaliny z kwiatami jak kule i jeszcze wielu innych kwiatów, które dobrze mi się kojarzą. W końcu ogród to miejsce, w którym trzeba się dobrze czuć i wzrok mają przyciągać rośliny, które lubimy. Nie będzie w nim łubinu, mieczyków, pelargonii i aksamitki (chyba że biała :)) ale na pewno miejsca nie zabraknie dla róż, peoni, irysów, liliowców, lilii, złocieni i koniecznie maciejki pachnącej wieczorami. Co drugi rok zakwita mi dziewanna. Sama się wysiewa, a że jest dwuletnia w jednym roku pojawiają się rozetki w następnym wyrasta gruba łodyga obsypana żółtym kwieciem. W tym roku właśnie rozpoczęła kwitnienie.


Pochwalę się jeszcze ukończoną ścieżką...

A kto ma ochotę niech posłucha Agnieszki Kotulanki i Truskawek w Milanówku.


" ... Truskawki w Milanówku na talerzykach Rosenthala, przysiadły od hołoty z dala, wśród śmietankowej mgły..."

A swoją drogą bardzo mile wspominam kilkuletnie posiadanie działeczki z mini domkiem, sobotnio-niedzielne wyjazdy, z początku kolejką, potem maluchem. Różni ludzie, w różnym wieku, różne zawody spotykają się przy wspólnej pasji, uprawiania skrawka ziemi.
Miłego wieczoru.






czwartek, 19 czerwca 2014

Ogrodowe fascynacje


Palmy?
Dawno nie zamieszczałam zdjęć z ogrodu, który coraz bardziej się rozrasta co mnie bardzo cieszy. Lubię ogrodowy busz aczkolwiek kontrolowany :). To oczywiście nie palmy tylko nasz sumak :).
Tak kwitł w tym roku szczodrzeniec

Róża, która zagubiła swoja szlachetność i jest teraz takim ogrodowym mezaliansem. Najpierw zakwita bujnie  pospolita różowa, potem szlachetna czerwona.


W tym roku ogród wzbogacił się o stolik i foteliki w stylu rustykalnym, które bardzo pasują mi do ogrodu. Sama w pocie czoła je skręcałam i potem malowałam. Są z odzysku i większość szczebelków była dorabiana, ale konstrukcja metalowa jest solidna. W planie mam jeszcze uszycie poduszeczek i nowe pokrycie na parasol ogrodowy, który też jest zabytkowy. Znalazłam go na strychu rodzinnego domu i towarzyszy mi już w trzecim ogrodzie.

W tym sezonie postanowiłam zrobić generalny porządek ze ścieżką, ułożoną prowizorycznie, na chwilę i jak to z prowizorkami bywa przetrwała kilka lat. Przez ten czas w wielu miejscach się pozapadała, a także pozarastała trawą i zielskiem. A tak prezentuje się po ponownym ułożeniu na włókninie. Jeszcze pozostała końcówka. Przestrzeń pomiędzy domem, a ścieżką wyłożona kamieniami. Pomiędzy kamieniami donice z kwiatami. Kotom się podoba.


w trakcie przekładania 
i prawie skończona




Róża w kształcie stożka, bez formowania, 


Oliwnik i sumak to oprócz starej jabłoni jedyne większe drzewka w ogrodzie, dające już trochę cienia i tworzące przytulne zacisze.

W rozmowie z mężem wspomniałam, że szukam takiej lampki ogrodowej na świeczkę. Mówisz, masz. Za parę dni przyszła pocztą :). Mnie oczywiście zszedłby cały sezon na poszukiwaniu, a w końcu stwierdziłabym, że na zimę to mi nie potrzebna. Mój mąż działa szybko i zdecydowanie :).



Róże i maki dominują w tym roku


Miłego nadchodzącego weekendu.












piątek, 30 maja 2014

Znów w Szwarcwaldzie i dłuuuga wiosna

W tym roku wiosnę miałam znacznie przedłużoną za sprawą wyjazdu do Niemiec. Kiedy wyjeżdżałam z Polski 10 kwietnia wiosna była u nas jeszcze w powijakach, w Szwarcwaldzie już w pełnym rozkwicie. Powitały mnie kwitnące w pełni bzy, magnolie, glicynie, kwitnące sady owocowe, wzgórza pokryte już zielonymi winoroślami, zaczynały kwitnąć kasztany. Przed powrotem do Polski jadłam już truskawki z pobliskich pól. Kiedy wróciłam do Polski po 2 tygodniach jabłoń w moim ogrodzie dopiero zbierała się do kwitnienia. Jeszcze kwitły żonkile. Bzy i magnolie dopiero otwierały pąki. A tak wygląda samoobsługowa sprzedaż  truskawek.


Jest cena, kasetka, gdzie wrzuca się pieniądze, torebka do zapakowania pojemnika z odważoną porcją truskawek. Truskawki osłonięte przed kurzem. Podobnie  sprzedaje się na plantacjach kwiaty.

Kiedy jedzie się przez Szwarcwald i serpentynami pnie się w górę, gdzie po jednej stronie jest przepaść, a po drugiej strome zbocze góry i wydaje się, że przed nami może być tylko szczyt nagle pojawia się bajkowe miasteczko z wąskimi uliczkami i kolorowymi domkami koniecznie z okiennicami.




Kwitnąca glicynia na jednym z wiejskich domów. Glicynie, bluszcze i inne pnącza to bardzo częsta ozdoba niemieckich domów, głównie starych domów. W nowo budowanych osiedlach panuje tak jak u nas moda na kamienie, czasami do przesady, ale domy znacznie mniejsze od naszych. Jeśli są duże zwykle mieszka w nich wielopokoleniowa rodzina, albo część domu jest wynajęta.


Miasteczka i wioski, o czym już chyba pisałam w poprzedniej relacji z pobytu w tym pięknym regionie, mają bardzo zwartą zabudowę. Zdjęcia kiepskiej jakości, ale pokazujące malownicze położenie wśród gór.





Trochę z innej beczki - chów świnek na wolnym wybiegu

Pola z charakterystycznymi kopcami, w których uprawiane są szparagi.

Hektary okryte włókniną pod którą rosną warzywa, w końcu Badenia-Wirtembergia to tereny rolniczo-sadownicze.

Pracujący na polach to głownie Polacy, Ukraińcy i Rumuni.

Ciekawe rzeźby przy studni w jednym z miasteczek



Ciekawostka znaleziona na Freiburskim bruku.



„Tutaj mieszkał Chaskel Frank urodzony w 1883, zamordowany w Oświęcimiu”.

Parę zdjęć z Bazylei. Szwajcarskiego miasta, które od Freiburga oddalone jest dosłownie o rzut beretem. Pojechaliśmy tam w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych, więc ruch był niewielki. Bazylea to miasto na styku trzech państw Francji, Niemiec i Szwajcarii. Znajduje się tam międzynarodowy port lotniczy Bazylea-Miluza-Fryburg , który jest położony na terytorium Francji.
Nie mieliśmy jakiegoś specjalnego planu zwiedzania, ale trafiliśmy prosto na zabytkową starówkę. No może niezupełnie prosto. Droga zaprowadziła nas do podziemnego parkingu. Stamtąd powędrowaliśmy na pieszo. Po starówce  nie można poruszać się samochodem, za to z dokładnością szwajcarskich zegarków poruszają się po niej tramwaje. Bazylea to miasto tramwajów podobno można nimi dojechać w każde miejsce.
Starówka to przede wszystkim monumentalny bogato zdobiony Ratusz pochodzący z XV wieku.


Okolice ratusza
 Jak Szwajcaria to oczywiście banki
 Sklepy zamknięte, ale można pooglądać ekskluzywne wystawy znanych marek.


Sądząc po porozstawianych wszędzie rowerach Bazylea to miasto także rowerów.
 

 Sklep z czekoladami, na które miałam ochotę był niestety zamknięty

A może kapelusz?

Niewielki ruch w świąteczne południe. W otwartych, o tej porze jeszcze nielicznych kawiarniach, siedzący i popijający leniwie piwo pierwsi goście.


Zdziwiło mnie stosunkowo mało zieleni i zupełny brak kwietników, które zastępowały palmy w donicach. Może taka moda. Oczywiście mowa tu o samej Starówce.

Podstawowa rzecz, która odróżnia miasta niemieckie czy szwajcarskie od większości miast polskich to brak pośpiechu. Życie tu płynie znacznie wolniej, a ludzie co widać na każdym kroku, są mniej zestresowani. I nie chodzi o to, że to bogate społeczeństwa, ale, że mają inne życiowe priorytety. Nie należy do priorytetu  posiadanie własnego domu czy mieszkania, co u nas jest prawie obowiązkiem i życiowym celem, ale na pewno należy do priorytetu wyjazd na urlop czy relaks w weekend. A Niemcy mają się gdzie relaksować pomijając aquaparki, lunaparki i inne tego typu atrakcje jest bardzo dużo tras rowerowych, miejsc gdzie można pojeździć konno, czy po prostu wybrać się na piknik. Jak zbliża się weekend większość żyje wyjazdem. 
Po powrocie do Polski zawsze dręczy mnie pytanie dlaczego u nas jest tyle nieużytków, dlaczego nie ma małych kompostowni, dlaczego wypala się trawy i spala gałęzie, które po zmieleniu stanowiłyby ściółkę lub były dodatkiem do kompostu, dlaczego sąsiad nie liczy się z sąsiadem i panuje ogólne "wolnoć Tomku w swoim domku". Pytań jest wiele. Odpowiedź jedna - bo się nie opłaca. Tam się opłaca. W każdej miejscowości jest miejsce gdzie wywozi się większe gabarytowo odpady z ogrodu głównie obcięte gałęzie i skoszoną trawę, niepotrzebne rzeczy z domu, tektury, złom itp. I nikomu nie przeszkadza, że musi to sam zawieść. Plastiki, opakowania i odpady komunalne są tak jak u nas odbierane spod domów. Niemcy są po prostu zdyscyplinowani i przestrzegają pisanych i zwyczajowych zasad współżycia co na pewno ułatwia im życie. Dla większości Niemców Państwo to ich Dom, Ojczyzna, Heimat potem jest własne podwórko. U nas najpierw jest własne podwórko potem długo, długo nic, a na końcu Ojczyzna.  Polskie państwo traktuje swoich obywateli podobnie, potrzeby obywateli dostrzegane są jedynie w czasie kampanii wyborczych i zapominane tuż po zamknięciu lokali wyborczych. Nie dogonimy Europy za kilka lat jak obiecują niektórzy politycy, bo mentalnie znajdujemy się daleko za Kaukazem. Musimy śpieszyć się zmianą naszego stosunku do drugiego człowieka, słowo „Ja” trzeba zastąpić słowem „My”, bo nie przetrwamy jako kraj, jako Polska, szczególnie teraz gdy nad Europą wisi kolejne widmo wojennej zawieruchy. Pamiętajmy, wolności nikt nam nie dał, musieliśmy wywalczyć ją sobie sami, ale wtedy zrobiliśmy to Razem, a teraz? Ilu Polaków na stu zechce oddać „cokolwiek” za Ojczyznę, nie mówię o życiu bo jeszcze takiej potrzeby nie ma, jeszcze nie………
No i tak jakoś smutno mi się zakończyło...
Miłego weekendu